Jeszcze kilkanaście lat temu samo stwierdzenie, że poznaje się kogoś przez internet, budziło mieszaninę niepokoju i fascynacji. Dziś jest to codzienność tak zwyczajna, jak zamówienie pizzy z dowozem, a jednocześnie – jak wynika z rozmów z coraz większą liczbą singli – doświadczenie paradoksalnie bardziej wyczerpujące niż satysfakcjonujące. Zjawisko to, nazywane przez psychologów „randkowym zmęczeniem” lub „wypaleniem aplikacyjnym”, nie jest już tylko anegdotyczną obserwacją, lecz przedmiotem badań nad współczesnymi rytuałami miłosnymi. Przejście od ekscytacji do rutyny, a następnie do swoistego znużenia, dokonało się tak płynnie, że wielu użytkowników nie potrafi wskazać jednej konkretnej przyczyny. To raczej kumulacja drobnych rozczarowań, psychologicznych pułapek i strukturalnych cech cyfrowych rynków matrymonialnych, które stopniowo oduczają nas wrażliwości na drugiego człowieka, zastępując ją mechanicznością przeglądania katalogu.
Jednym z najważniejszych czynników sprawczych jest zjawisko, które w socjologii nazywa się „paradoksem wyboru” – im więcej opcji do wyboru, tym niższy poziom satysfakcji z dokonanego wyboru. W tradycyjnych formach randkowania pula potencjalnych partnerów była ograniczona geograficznie, społecznie i sytuacyjnie: poznawało się kogoś w pracy, przez znajomych, na studiach czy w ulubionym barze. Te ograniczenia działały jak filtr narracyjny – każda potencjalna relacja miała już swoje pierwsze strony historii, a decyzja o zainteresowaniu drugą osobą nie była poprzedzona przeglądaniem setki jej zdjęć i analizą jednostek miary jej wzrostu. Dziś aplikacje randkowe serwują nieskończoną taśmę profili, a każdy przesunięty palcem w bok to równocześnie akt nadziei i akt odrzucenia. Mózg, bombardowany bodźcami, szybko wchodzi w tryb mechanicznego skanowania, w którym ludzie zamieniają się w awatary – zestaw danych biometrycznych, zainteresowań wyrażonych przez trzy emoji i jednego zdjęcia z podróży do Azji. Ta nadmiarowość zabija zdolność do autentycznego zaciekawienia, bo każdy kolejny profil jest jednocześnie równie obiecujący i równie anonimowy. W rezultacie użytkownicy spędzają godziny na przeglądaniu, nie podejmując żadnego działania, lub angażując się w dziesiątki powierzchownych rozmów, które gasną po trzech wymienionych wiadomościach.
Do tego dochodzi fundamentalna zmiana w strukturze nagrody. Randkowanie w świecie rzeczywistym miało swoją dramaturgię: niepewność, stopniowe odkrywanie, budowanie napięcia. Aplikacje zastąpiły ten proces natychmiastową gratyfikacją w postaci dopasowania – małej eksplozji dopaminy, kiedy ekran komunikuje, że ktoś uznał nas za wartego uwagi. Problem polega na tym, że ten mechanizm jest identyczny z tym, który rządzi grami hazardowymi lub przeglądaniem mediów społecznościowych. Dopasowanie staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do realnego spotkania. Wiele osób przyznaje, że wieczorne przeglądanie profili traktuje niemal jak relaksującą grę, a nie jak poszukiwanie intymności. Kiedy jednak ta gra nie prowadzi do satysfakcjonujących interakcji, pojawia się zmęczenie – znasz już wszystkie schematy, wszystkie techniki otwierające rozmowę, wszystkie frazy, które po trzech dniach rozmowy i tak prowadzą donikąd. Nie ma tu miejsca na spontaniczność, bo algorytm i społeczne konwenanse narzucają swoje reguły: kto pierwszy pisze, po ilu godzinach wypada odpisać, jak długo rozmawiać przed zaproszeniem na kawę. Ta performatywność wyczerpuje zasoby emocjonalne, które w tradycyjnym randkowaniu były naturalnie rezerwowane na autentyczne przeżycia.
Co więcej, cyfrowa natura tych interakcji ułatwia zachowania, które w świecie offline byłyby społecznie kosztowne albo wręcz niemożliwe. Zjawisko ghostingu, czyli nagłego zerwania kontaktu bez słowa wyjaśnienia, stało się tak powszechne, że wielu młodych ludzi traktuje je jako standardową formę zakończenia relacji nawet po kilku tygodniach rozmów czy kilku spotkaniach. Podobnie breadcrumbing – podtrzymywanie minimalnego kontaktu tylko po to, by zostawić drugą osobę w stanie zawieszenia – jest bezpośrednią konsekwencją łatwości, z jaką można zarządzać kilkoma równoległymi opcjami. Z perspektywy psychologicznej te zachowania nie tyle wynikają z cynizmu, ile z przeciążenia – gdy masz przed sobą kolejnych dwudziestu kandydatów, inwestowanie w uczciwe zamknięcie każdej relacji wydaje się niewspółmiernie kosztowne. Ofiarą tej dynamiki pada jednak podstawowa umiejętność społeczna, jaką jest radzenie sobie z odrzuceniem i kończeniem związków z szacunkiem. W efekcie randkowanie przez internet nie tylko męczy, ale też uwrażliwia na objawy tego zmęczenia: zaczynasz zakładać z góry, że każda rozmowa skończy się ciszą, więc nie angażujesz się emocjonalnie, co z kolei sprawia, że twoje odpowiedzi są sztywne i pozbawione życia, co zniechęca drugą stronę – powstaje błędne koło.
Nie sposób pominąć też kwestii autoprezentacji i związanego z nią zmęczenia aktorskiego. Profil randkowy to nie jest to samo co ty w rzeczywistości – to starannie wyselekcjonowany, wyretuszowany, przefiltrowany wizerunek twojego najlepszego ja. Każde zdjęcie jest oceniane pod kątem tego, czy przypadkiem nie widać na nim dodatkowych kilogramów, czy tło jest wystarczająco ciekawe, czy uśmiech wygląda naturalnie po dziesiątej próbie. Opisy konsultuje się z przyjaciółmi, dobiera słowa-klucze, które przyciągną uwagę – „podróże”, „kawa”, „książki”, „trekking”. Ta staranność jest zrozumiała, bo w środowisku, gdzie konkurencja liczy się w tysiącach użytkowników w promieniu kilku kilometrów, każdy szczegół może decydować o tym, czy ktoś w ogóle spojrzy w twoją stronę. Jednak ta ciągła praca nad własnym wizerunkiem jest emocjonalnie wyczerpująca – zwłaszcza kiedy przychodzi do pierwszych spotkań, na których trzeba zagrać rolę własnego, lepszego awatara. Nie chodzi już o to, żeby być sobą, ale żeby być wystarczająco blisko wersji z profilu, nie zdradzając przy tym, jak wiele wysiłku kosztowało jej utrzymanie. Wielu singli przyznaje, że po kilku miesiącach używania aplikacji zaczyna odczuwać swoisty dysonans – nie są już pewni, czy przedstawiają siebie, czy produkt, który ma szansę sprzedać się na tym konkretnym rynku.
Paradoksalnie, technologia, która miała połączyć ludzi, pogłębiła uczucie izolacji i anonimowości. W tradycyjnym modelu randkowania każda interakcja z potencjalnym partnerem miała swoją cenę – choćby cenę wyjścia z domu i ryzyka publicznego odrzucenia. Aplikacje usunęły te bariery, ale usunęły też kontekst, który nadawał spotkaniom wagę. Kiedy możesz w ciągu godziny rozpocząć rozmowy z dwudziestoma osobami, żadna z tych rozmów nie ma już tej samej wartości. Psychologowie mówią o „komodyfikacji randkowania” – czyli przekształceniu relacji międzyludzkich w towary podlegające wymianie rynkowej, oceniane według kryteriów efektywności i optymalizacji. Patrząc na profil, nieświadomie zadajesz pytanie: co ta osoba może mi dać? Zamiast: kim ona jest? Ta zmiana perspektywy jest subtelna, ale fundamentalna – przenosi nas z trybu narracyjnego (poznaję historię drugiej osoby) w tryb konsumencki (przeglądam oferty). Nic więc dziwnego, że po kilku miesiącach takiego przeglądania czujesz pustkę – nie dlatego, że nie ma wartościowych ludzi, ale dlatego, że sposób, w jaki ich szukasz, z definicji odczłowiecza proces.
W drugiej części tego artykułu przyjrzymy się konkretnym mechanizmom neurologicznym i społecznym, które sprawiają, że randkowanie przez internet jest nie tylko męczące, ale wręcz może prowadzić do trwałej zmiany w postrzeganiu intymności. Zaczniemy od analizy zjawiska nazywanego „otępieniem randkowym” – stanu, w którym użytkownik traci zdolność do odczuwania ekscytacji na widok nowego dopasowania, bo jego układ nagrody przyzwyczaił się do bodźca i wymaga coraz silniejszych wrażeń, by zareagować. To ten sam mechanizm, który obserwujemy w uzależnieniach behawioralnych – im więcej przesunięć, dopasowań i rozmów, tym mniej radości z każdego kolejnego. W efekcie ludzie zaczynają poszukiwać coraz bardziej ekstremalnych form stymulacji – szybszego przechodzenia do tematów seksualnych, prowokacyjnych zdjęć, wielokrotnych randek jednego dnia – byle tylko poczuć cokolwiek. To ścieżka prosta do całkowitego wypalenia, w którym rezygnuje się z aplikacji, ale też z nadziei na znalezienie kogoś w ogóle. Co gorsza, badania pokazują, że długotrwałe używanie aplikacji randkowych koreluje ze spadkiem samooceny – ciągła ocena (i bycie ocenianym) na podstawie powierzchownych cech sprawia, że użytkownicy internalizują ten płytki system wartości i zaczynają wierzyć, że ich wartość jako partnera faktycznie sprowadza się do zestawu danych biometrycznych i kilku ujęć z wakacji.
Innym kluczowym czynnikiem jest swoista dekontekstualizacja emocji. W realnym świecie emocje towarzyszące randkowaniu – tremę, radość, rozczarowanie – odczuwa się w konkretnym czasie i przestrzeni, a każda porażka ma swoją narrację i swoje miejsce. Aplikacje natomiast oferują ciągły, pozbawiony przerw strumień potencjalnych interakcji, który nie respektuje naturalnych rytmów psychiki. Możesz dostać wiadomość od kogoś, kto cię interesuje, w trakcie pracy, gdy jesteś zestresowany i nie masz zasobów, by odpowiedzieć z właściwą uwagą. Możesz przeżyć odrzucenie w środku nocy, przeglądając telefon w łóżku. Ta ciągłość sprawia, że nie ma czasu na regenerację, na przetrawienie jednego doświadczenia przed następnym. Psychika broni się przed tym przeciążeniem, wchodząc w tryb obojętności – zaczynasz odpowiadać automatycznymi formułkami, nie pamiętasz, co napisałeś do kogo, mieszają ci się imiona i twarze. To nie jest oznaka braku kultury czy złych intencji – to naturalna reakcja obronna na środowisko, które żąda od ciebie stałej gotowości emocjonalnej, nie dając ci w zamian żadnych rytuałów zamknięcia.
Istotnym aspektem jest również asymetria płci w doświadczaniu zmęczenia randkowego, choć objawia się ona inaczej, niż mogłoby się wydawać. Badania jakościowe wskazują, że kobiety często odczuwają większe zmęczenie związane z przytłaczającą liczbą wiadomości – wiele z nich niskiej jakości, agresywnych lub po prostu powtarzalnych. Oczekiwanie, że to one będą selekcjonować i odpowiadać, przy jednoczesnej presji społecznej, by nie być zbyt wybredną ani zbyt łatwo osiągalną, tworzy ogromne napięcie. Mężczyźni natomiast częściej narzekają na zmęczenie związane z brakiem odpowiedzi – po wysłaniu dziesiątek starannie sformułowanych wiadomości bez odzewu, pojawia się poczucie, że wkładany wysiłek nie ma przełożenia na rezultaty. Ta asymetria rodzi frustrację po obu stronach, ale co ważniejsze – prowadzi do utrwalania negatywnych stereotypów: kobiety uważają, że mężczyźni nie wkładają wysiłku w rozmowę, mężczyźni uważają, że kobiety mają nierealistyczne oczekiwania. W rzeczywistości obie strony padają ofiarą tego samego systemu – tylko reagują na niego w sposób, który system dodatkowo wzmacnia. To klasyczna pułapka społeczna: twoje racjonalne, adaptacyjne zachowanie w warunkach przeciążenia (np. odpowiadanie tylko kilku osobom z setek, bo inaczej nie dałoby się żyć) jest interpretowane przez drugą stronę jako arogancja lub brak zainteresowania.
Nie sposób też pominąć wpływu pandemii COVID-19 na ten proces. Lockdowny wymusiły przeniesienie praktycznie całego życia towarzyskiego do sieci, a aplikacje randkowe przeżyły wtedy drugą młodość – wiele osób, które wcześniej unikały randek online, poczuło, że nie ma innego wyjścia. Paradoksalnie jednak, pandemia przyspieszyła proces zmęczenia, bo po zniesieniu obostrzeń wiele osób oczekiwało, że powrócą dawne formy poznawania się, tymczasem nawyki pozostały – i pojawiło się rozczarowanie. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, w której aplikacje są powszechnie używane, ale prawie nikt nie jest z nich naprawdę zadowolony. To, co kiedyś było fascynującą nowością – możliwość poznania kogoś spoza swojego kręgu znajomych – stało się powtarzalnym, zrutynizowanym obowiązkiem, który wielu wykonuje bez entuzjazmu, z poczuciem, że „trzeba”, bo inaczej skazują się na samotność. A to poczucie przymusu, jak wiemy z psychologii, jest jednym z najskuteczniejszych zabójców przyjemności.
Kolejnym mechanizmem jest zjawisko, które można nazwać „iluzją kontroli”. Aplikacje randkowe sprzedają nam narrację, że dzięki filtrom, algorytmom i danym możemy zwiększyć swoje szanse na znalezienie idealnego partnera – wystarczy tylko precyzyjnie określić kryteria. Jednak rzeczywistość pokazuje coś przeciwnego: im bardziej precyzyjne kryteria, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ktokolwiek je spełni, a jeśli już spełni – tym większe rozczarowanie, gdy okaże się, że chemia międzyludzka nie wynika z listy cech. Zakochanie nie jest procesem optymalizacji, tylko emergentną właściwością interakcji, której nie da się przewidzieć na podstawie danych biograficznych. Wmawiając sobie, że da się, aplikacje skazują nas na ciągłe poczucie, że może wybraliśmy źle – może następna osoba byłaby lepsza. To właśnie nazywa się syndromem FOMO (strach przed utratą okazji), który w randkowaniu online przybiera szczególnie toksyczną formę: nawet gdy poznajesz kogoś wartościowego, w głowie kołacze myśl, że może na kolejnych stronach czeka ktoś jeszcze lepiej dopasowany. W rezultacie nigdy nie inwestujesz w pełni w żadną relację, bo zawsze jesteś gotów na skok w bok.
Zmęczenie randkowe ma też swoje podłoże w zmianie struktury czasu wolnego. Tradycyjne randkowanie wymagało fizycznego wyjścia z domu, co automatycznie nadawało mu status wydarzenia – przygotowywało się, wychodziło, przeznaczało na to konkretny wieczór. Aplikacje wtopiły randkowanie w czas pomiędzy – między pracą a serialem, między myciem zębów a zaśnięciem, w trakcie jazdy autobusem. Ta fragmentaryzacja sprawia, że interakcje randkowe są pozbawione swojej rangi, stają się jednym z wielu mikrozadań do odhaczenia w ciągu dnia. A ponieważ ludzki umysł nie lubi chaosu, zaczyna traktować te interakcje jako zbędny hałas, który raczej zabiera energię, niż ją dodaje. Wiele osób relacjonuje, że po godzinie przeglądania profili czuje się bardziej samotna niż przed rozpoczęciem – to dlatego, że mózg nie potrafi odróżnić prawdziwej więzi od jej symulacji, a symulacja, gdy nie prowadzi do realnego kontaktu, zostawia po sobie tylko pustkę.
Na koniec tej części warto przyjrzeć się jeszcze jednemu zjawisku – mianowicie paradoksalnemu efektowi, w którym im więcej czasu poświęcamy na randkowanie przez internet, tym mniej czasu zostaje nam na rozwijanie umiejętności, które w realnym randkowaniu są kluczowe. Umiejętność rozmowy z nieznajomym w barze, odczytywania mowy ciała, radzenia sobie z tremą w rzeczywistej sytuacji – to wszystko zanika, gdy większość interakcji odbywa się za pośrednictwem tekstu. W efekcie wielu użytkowników aplikacji, którzy spędzili na nich miesiące lub lata, odkrywa, że gdy w końcu dochodzi do spotkania twarzą w twarz, czują się nieporadni, nieswojo, a rozmowa nie klei się mimo tygodni dobrego kontaktu online. To rodzi jeszcze większe zmęczenie, bo spotkanie – które powinno być kulminacją wysiłku – staje się źródłem nowego stresu. Niektórzy psychologowie nazywają to „randkowym deficytem praktycznym” – trenowaliśmy wyłącznie do interakcji w środowisku o niskiej stawce emocjonalnej (czat, wiadomości, wymiana memów), a potem jesteśmy zaskoczeni, że nie potrafimy działać na najwyższym poziomie stawki, jaką jest spojrzenie drugiej osobie w oczy przy filiżance kawy.
Drugą część artykułu rozpoczniemy od próby odpowiedzi na pytanie, czy istnieją sposoby na przełamanie tego zmęczenia, czy jesteśmy skazani na ten stan na stałe. Przeanalizujemy strategie, które pozwalają odzyskać radość z poznawania nowych ludzi – od technik ograniczania czasu w aplikacjach, przez zmianę nastawienia z konsumenckiego na narracyjne, aż po odważne propozycje całkowitego wyjścia poza schemat aplikacji. Jednocześnie przyjrzymy się, jakie zmiany w samych platformach mogłyby zmniejszyć poziom frustracji – bo nie da się ukryć, że obecny model biznesowy wielu z nich opiera się na utrzymywaniu użytkowników w stanie permanentnego niezaspokojenia, a nie na faktycznym łączeniu par. Na koniec postawimy pytanie, czy możliwy jest powrót do randkowania jako praktyki relacyjnej, a nie transakcyjnej – i co każdy z nas może zrobić indywidualnie, by nie dać się wciągnąć w tryby zmęczenia.
Prawda jest taka, że randkowanie przez internet nie musi być męczące, ale wymaga od nas znacznie większej dozy samoświadomości i samodyscypliny niż jakakolwiek wcześniejsza forma poszukiwania partnera. Musimy nauczyć się stawiać granice technologii, która z założenia ma interes w tym, byśmy przeglądali jak najdłużej. Musimy uznać, że ilość dopasowań nie jest miarą naszej wartości ani miarą sukcesu. I wreszcie – musimy odważyć się na nudę, na ciszę, na oczekiwanie, które w świecie natychmiastowych odpowiedzi wydaje się archaicznym luksusem. Bo to właśnie w tych przestrzeniach, niezapełnionych kolejnym profilem i kolejną wiadomością, może pojawić się prawdziwa ciekawość drugiego człowieka – ta, która nie męczy, ale ekscytuje.
Przyjrzyjmy się zatem konkretnym strategiom. Pierwsza z nich, być może najważniejsza, to świadome wprowadzenie restrykcji czasowych. Użytkownicy, którzy ograniczają korzystanie z aplikacji do dwóch, trzech krótkich sesji w tygodniu, raportują znacząco wyższy poziom satysfakcji niż ci, którzy używają ich codziennie. Mechanizm jest prosty: mniejsza liczba bodźców zwiększa wagę każdego z osobna, a także pozwala uniknąć efektu otępienia. Kiedy przeglądasz profile tylko przez pół godziny w sobotę rano, każdy z nich ma szansę na twoją faktyczną uwagę, zamiast ginąć w potoku piątkowego wieczornego scrollowania. Co więcej, taka rzadkość nadaje całemu procesowi z powrotem rangę rytuału – przestaje być codzienną czynnością na zasadzie mycia zębów, a staje się czymś, na co się czeka. To z kolei przywraca pierwiastek ekscytacji, który zginął gdzieś pomiędzy tysięcznym a dziesięciotysięcznym przesunięciem palcem.
Druga strategia dotyczy głębokości interakcji, a nie ich ilości. Większość użytkowników popełnia błąd, próbując podtrzymywać jak najwięcej rozmów równocześnie, wierząc, że zwiększa to szansę na sukces. W rzeczywistości efekt jest odwrotny – rozproszenie uwagi sprawia, że żadna rozmowa nie osiąga głębi potrzebnej do zbudowania realnego zainteresowania. Psycholodzy radzą, by po uzyskaniu trzech, maksymalnie pięciu dopasowań, całkowicie przestać przeglądać nowe profile i skupić się na rozwijaniu tych konkretnych kontaktów przez kilka dni. To wymaga samokontroli, bo aplikacje są projektowane tak, by zachęcać do ciągłego poszukiwania nowości, ale jest to jeden z najskuteczniejszych sposobów na uniknięcie zmęczenia. Gdy inwestujesz w konkretną osobę, nawet jeśli ostatecznie z rozmowy nic nie wyjdzie, twoje zaangażowanie było prawdziwe – a to, paradoksalnie, mniej męczy niż prowadzenie dziesięciu powierzchownych, bezosobowych czatów, z których każdy jest tylko symbolem straconego czasu.
Kolejna kluczowa zmiana dotyczy natury pierwszego spotkania. Coraz więcej singli postuluje powrót do szybszego przechodzenia od czatu do rzeczywistego kontaktu – nie po tygodniach pisania, ale po kilku wymianach wiadomości, które potwierdzą, że nie ma oczywistych red flagów. To radykalne odejście od dominującej tendencji, by przed spotkaniem przeprowadzić szczegółowy „wywiad” przez wiadomości. Dlaczego to działa? Ponieważ czat daje złudzenie bliskości, która w rzeczywistości nie istnieje – możesz mieć wrażenie, że znasz kogoś po tygodniu intensywnego pisania, a na żywo okazuje się, że zupełnie wam nie po drodze. Szybsze spotkania minimalizują ten koszt emocjonalny – nie inwestujesz tygodni w wyobrażenie, które i tak legnie w gruzach. Co więcej, spotkanie twarzą w twarz przywraca autentyczne sygnały niewerbalne, które są podstawą chemii międzyludzkiej. I nawet jeśli nie wyjdzie, masz przynajmniej jasność – odpadło niekończące się pisanie, domysły, nadzieje. A to właśnie ta niejasność, to zawieszenie między nadzieją a rozczarowaniem, jest jednym z głównych źródeł zmęczenia.
Ważnym aspektem jest również radykalna zmiana sposobu, w jaki tworzymy własny profil. Zamiast budować wizerunek idealnego ja, eksperyment polegający na przedstawieniu się bardziej autentycznie – nawet z drobnymi wadami, nawet z mniej „instagramowym” zdjęciem – często przynosi zaskakująco dobre rezultaty. Owszem, liczba dopasowań może spaść, ale te, które pozostaną, będą znacznie lepiej dopasowane do twojej rzeczywistej osobowości, a co za tym idzie – rozmowy będą wymagały mniej wysiłku, bo nie musisz grać roli. Dla wielu osób jest to trudne, bo wiąże się z lękiem przed odrzuceniem – a co, jeśli prawdziwe ja nie jest wystarczająco atrakcyjne? Jednak paradoks polega na tym, że to właśnie ta autentyczność sprawia, że nie czujesz zmęczenia, bo nie musisz stale podtrzymywać iluzji. Możesz być po prostu sobą, a jeśli ktoś cię odrzuci, to odrzuca ciebie rzeczywistego, a nie wymyśloną postać – ból jest mniejszy, bo nie towarzyszy mu dysonans poznawczy.
Na poziomie bardziej systemowym, niektórzy badacze proponują całkowite porzucenie aplikacji na rzecz powrotu do form pośrednich – np. zorganizowanych wydarzeń dla singli, grup zainteresowań, a nawet klasycznych ogłoszeń w gazetach (choć te dziś przyjęły formę portali tematycznych o bardzo wąskich profilach). Nie chodzi tu o naiwny romantyzm, tylko o świadomość, że każdy nośnik narzuca swoją logikę – a logika aplikacji jest logiką szybkiej konsumpcji, która kłóci się z naturą głębokiej relacji. Wiele osób odkrywa, że poznanie kogoś przez wspólne hobby lub przez znajomych, nawet jeśli statystycznie trwa dłużej, wiąże się z mniejszym poziomem stresu i większą przyjemnością z samego procesu. Bo wtedy nie ma presji, nie ma wyścigu, nie ma poczucia, że za rogiem czeka lepsza opcja. Jest tylko jedna osoba, powolne odkrywanie i czas.
Oczywiście, nie możemy zrzucać całej odpowiedzialności na jednostki. Aplikacje randkowe są zaprojektowane przez korporacje, których celem jest maksymalizacja czasu spędzanego w aplikacji, a nie szybkie łączenie par – bo para, która się znajdzie, przestaje przynosić przychód. Świadomość tego konfliktu interesów jest pierwszym krokiem do odzyskania sprawczości. Niektóre platformy eksperymentują z modelami opartymi na subskrypcji, które nie premiują nieskończonego przeglądania, ale to wciąż margines. Dopóki głównym modelem biznesowym będzie reklama lub mikropłatności za ulepszone funkcje wyszukiwania, dopóty użytkownicy będą skazani na grę, w której rzadko wygrywają. Stąd postulaty wprowadzenia regulacji lub certyfikatów etycznych dla aplikacji randkowych, podobnych do tych, które obowiązują w hazardzie online – bo mechanizmy psychologiczne są tu zatrważająco podobne.
Podsumowując, zmęczenie randkowaniem online nie jest naszą osobistą porażką, ani dowodem na to, że „dziś już nie ma dobrych ludzi”. Jest naturalną reakcją na środowisko, które systematycznie podważa nasze naturalne mechanizmy budowania więzi. Ekscytacja ustąpiła miejsca rutynie nie dlatego, że staliśmy się gorsi, ale dlatego, że przestaliśmy być traktowani jako ludzie szukający miłości, a staliśmy się użytkownikami generującymi dane. Droga powrotu do ekscytacji wiedzie przez świadome odzyskiwanie kontroli – nad czasem, nad uwagą, nad autentycznością. Nie oznacza to całkowitego odrzucenia technologii, ale uczynienie z niej narzędzia, a nie pana. Być może przyszłość randkowania nie należy ani do aplikacji, ani do nostalgicznego powrotu do lat dziewięćdziesiątych, ale do czegoś pomiędzy – do hybrydowych form, w których technologia jest tylko mostem, a nie areną. Most zaś, w przeciwieństwie do areny, nie musi nas męczyć – wystarczy, że prowadzi gdzieś, gdzie naprawdę chcemy być.
